środa, 16 maja 2012

Dawno nie pisałam zapowiedzi wydarzeń, które w najbliższym czasie będą miały miejsce w Edynburgu i okolicach. Naprawiam i namawiam więc do uczestniczenia w tych, które wkrótce:

1. Od 2-10 czerwca odbędzie się 3 Harbour Atrs Festival, który swym zasięgiem obejmie Prestonpans, Cockenzie, Port Seton. Jeśli się odpowiednio rozpędzimy, dojdziemy w dwie godziny z Edynburga:)Będzie muzycznie, literacko, artystycznie, zdjęciowo, malarsko i rzezbiarsko. I wszyscy artyści biorący udział w przedsięwzięciu pochodzą z East Lothian i Edynburga. Może nie są tak bardzo znani jak choćby A.McCall Smith, ale czy trzeba być znanym, aby móc tworzyć na poziomie? Chyba nie.

2. 9 czerwca wieczorem rozpocznie się Moon Walk. Impreza ma za zadanie zbieranie pieniędzy na leczenie raka piersi. Na zapisywanie się jako uczestnik jest już za pózno, ale wolontariusze mile widziani. Marsz rozpocznie się w Inverleith Park. Uczestnicy będą mieli (jak co roku) do pokonania połowę trasy- 13.1 mili lub 26.2. Marsz prawdopodobnie zakończy się rano dnia następnego na Meadows. Nadal poszukiwani są także masażyści- wolontariusze. W tym roku po raz pierwszy wezmę czynny udział w imprezie, bo cel szczytny.

3. 28 i 29 lipca w Hopetoun House odbędzie się coroczna impreza Hopetoun Horse Trial. W ubiegłym roku atmosfera była iście piknikowa. Przy lampkach szampana i wiklinowych koszykach z lunchami można było podziwiać dżokejów, konie i gości specjalnych, a co się z tym wiąże- kolekcje nakryć głów kobiet:) W tym roku pokaz ewolucji konnych zaszczycą między innymi Ian Strak i Lucinda Green, ex- olimpijczycy. Trzeba więc kupić bilet i także tam dotrzeć.

4. Od 21-24 czerwca, jak roku każdego w Ingliston, niedaleko edynburskiego lotniska będzie mieć miejsce The Royal Highland Show. Impreza na której wszyscy rolnicy ze Szkocji wpadają w szał zakupowy. Czwartek, piątek zwyczajowo są dniami, kiedy odbywają się pokazy wszystkiego, co związane z rolnictwem- począwszy od grabi na bykach kończąc:) Sobota i niedziela to dni poświęcone także na Highland Games, czyli na to, na co każdy szanujący się Szkot chodzi przynajmniej raz w roku. W ubiegłym roku pojechałam tam prosto z lotniska, po powrocie ze Sztokholmu, nie ominę imprezy także i w tym.Zwyczajem jest także przyjazd królowej na imprezę. Zahacza o Ingliston po drodze z imprezy kwiatowej- Gardening Scotland, a po Highland Games jedzie na wypoczynek do Balmoral.

5. Ktoś kiedys napisal, że jeśli w mieście przybywa księgarni to świadczy to tylko o tym, że kondycja kulturalna miasta jest dobra. W Edynburgu, od września nową księgarnią Pulp Fiction na 43 Bread Street. Księgarnia okazała się być ogromnym sukcesem( niedawno dopiero przeze mnie odkrytym). Od niedawna w księgarni można też zjeść, napić się kawy i spotykać z mniej popularnymi szkockimi autorami. Księgarnię wprost uwielbiam.

niedziela, 13 maja 2012

Książę Karol przyjechał kilka dni temu z wizytą do Szkocji. W szkockim BBC z poczuciem humoru zapowiedział pogodę, zablokował Edynburg, był na północy, po czym pojechał do Ayrshire do Kilmarnock. Miasto zasłynęło z serialu dokumentalnego, którego bohaterami byli bezrobotni, uzależnieni i cała "śmietanka" Onthank Estate, osiedla gdzie wiele się dzieje:)

Kiedy zobaczyłam to zdjęcie w sobotnim The Scotsmen, umarłam ze śmiechu. 23- letni bezrobotny ojciec ukazał się na froncie gazety z podpisem: "New best pals: Charles joins the Scheme team". Osiedle Onthank w Kilmarnock to zbiorowisko szkockich "stunnerów", wszędzie gdzie się nie obejrzymy, lokalne piękności. I prawie nikt nie pracuje. Ludzie zamieszkujący dzielnicę są tak specyficzni, że nie sposób się nie uśmiechnąć. Nie wiem, czy jeszcze coś mnie zdoła bardziej zaskoczyć niż ręka Teda na ramieniu księcia:) Jak daleko jesteśmy się w stanie posunąć w okazywaniu sympatii i braku obycia?

piątek, 11 maja 2012

 

Osiem lat temu, dokładnie 13 maja przyleciałam po raz pierwszy do Szkocji. O kraju wcześniej niewiele słyszałam, pewnie także dlatego, że nie interesowały mnie dokonania Szkotów na przestrzeni stuleci i dlatego, że żywiołowi górale od wieków znajdują się w cieniu Anglików i z tego cienia za wszelką cenę chcieli się wydostać. I chcą nadal. Niedługo referendum, w którym mieszkańcy kraju będą mogli wypowiedzieć się, czy chcą stać się w pełni niezależnym krajem, czy też pozostać częścią Wielkiej Brytanii. Pesymiści twierdzą, że zostanie tak, jak jest. Bo mimo tego, iż Szkoci są odważnym narodem z silnym poczuciem odrębności, dumy i niezależności, wielkim ryzykiem będzie dla nich odłączenie z zasięgu wpływów monarchii, która tutaj wcale aż tak lubiana nie jest. Niezależność kusi, ale jest też wielką niewiadomą.

Osiem lat minęło w mgnieniu oka. Spotkało mnie w Szkocji wiele dobrego, poznałam wspaniałych ludzi. Kraj dał mi możliwości rozwoju, których wcześniej nie miałam. Nauczył mnie, że deszcz wcale nie jest taki przerażający i właściwie zaczęłam odróżniać dziesiątki ich rodzajów. Wiatr potrafi być pomocny, o ile wieje w plecy, lub nieznośny i męczący, o ile dmie w twarz. W Szkocji nauczyłam się, że do fryzjera nie chodzi się po to, aby włosy układać, bo nie warto, tylko po to, aby je ciąć. Make-up odszedł w kąt, pada, więc i tak się rozmaże. Zobaczyłam, że ludzie na ulicy uśmiechają się i rozmawiają z nieznajomymi, panie w sklepach są miłe i uśmiechnięte, kierowcy w autobusie dziękuje się przy wysiadaniu i nie trzeba być psychicznie chorym, aby często używać słów :" dziękuję", "proszę" i "przepraszam". To nie boli.

Czasami zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym pewnego dnia za pożyczone pieniądze nie kupiła biletu do Edynburga i przez Pragę nie przyleciała do Szkocji? Wydaje mi się, że wiele z tych osób, które wyjechały z Polski i znalazło szczęście za granicami kraju, także o tym myśli. Polska to dla mnie sentymentalne wspomnienia, rodzina, pola i wszystko, co kojarzy się z dzieciństwem. Nawet to, co było złe, zatarło się z biegiem czasu i zostało wyparte przez dobre. I niech tak już zostanie. Mam nadzieję, że kolejne osiem lat upłynie mi tutaj w szczęściu.

Rok 2012 to Year of Creative Scotland. W tym roku przypominamy sobie, bez czego świat nie mógłby się obejść, gdyby nie mądre umysły szkockich górali. W tym roku nie widzimy deszczu, który pada bez przerwy i wsłuchujemy się w głos Neila Olivera, wspaniałego szkockiego historyka, który zachęca do tego, aby odwiedzać północną część Wysp Brytyjskich. I ja także do tego zachęcam.

 

środa, 09 maja 2012

Lauder jest miasteczkiem, które rozsiadło się na granicy szkockiego Borders i East Lothian. Niesprawiedliwa to lokalizacja. Sprawia, że wszyscy jeżdżący A68 omijają miejscowość i pędzą w górę i w dół Szkocji zerkając tylko przelotnie na niskie domki, kościół z cmentarzem, pub i gdzieś tam wybijający się w oddali ponad korony drzew zamek Thirlestane. W miasteczku na pewno w ciągu dnia jest głośno, bo samochodów przejeżdża dużo. w miasteczku na pewno nie mieszka zbyt wiele ludzi, bo składa się ono z jednej głównej ulicy i wbitego pośrodku Town Hall, który rozstawia nogi na dwie części A68. W miasteczku jest kilka rzeczy, przy których warto się zatrzymać. Choćby galeria połączona z kafejką, gdzie jadłam najlepsze ciasto migdałowe, pub The Black Bull, gdzie dano mi kawałek kąta do spania i zamek Thirlestane, który okazał się z bliska nie tak bajkowy, jak wyglądał z daleka. No i 1/2 mili Woodland Walk. Come on... w sumie mogliby się wysilić bardziej, bo posiadłości rodziny Maitland są przeogromne. Trzeba by tylko wytyczyć kilka ścieżek. Zanim się rozpędziłam na tym "ogromnie długim" szlaku spacerowym, to i się skończył, a nie odeszłam dalej niż kilka kroków od zamku. Sam zamek nie jest brzydki, tylko jeśli bierze się pieniądze za bilety, to trzeba coś ludziom dać jako wymiennik, a nie tylko metr kwadratowy ogrodu i dwie ściany zamku do oglądania.

Kiedyś Rzymianie traktowali wioskę jako przystanek przy wytyczaniu drogi między Szkocją i Anglią, dziś nawet ci, którzy spacerują Southern Upland Way pędzą przed siebie, nie zatrzymując się w miasteczku. A The Black Bull pub jest tak przytulny. I herbaty ciepłej napić się można i przysnąć w rogu sali ze zmęczenia i posłuchać o czym rozmawia stały, codzienny skład pubu. Tylko trzeba się tam na moment zatrzymać.

                                  Na schodach Town Hall

                                             Thirlestane Castle

środa, 02 maja 2012

W Szkocji jest wiele ścieżek i szlaków turystycznych, które połączone umiejętnie w jedną, często przerazliwie długą całość, mogą stać się atrakcyjnym sposobem spędzenia wolnego tygodnia. Długość takich tras to często kilkadziesiąt/ kilkaset mil. Do niedawna mieliśmy tylko cztery, oficjalnie zatwierdzone przez Scottish Natural Heritage trakty, które pod nazwą Long Distance Routes ukrywały góry, potoki, miasteczka, wybrzeża i tereny położone w promieniu kilku dni spacerowych od najbliższych terenów zamieszkanych przez ludzi. Przez ostatnie 2-3 lata liczba ścieżek i szlaków zwiększyła się do 23. Helen Todd, członek Ramblers Scotland, organizacji, która zrzesza miłośników szwędania się po kraju, twierdzi, że w ciągu kilku kolejnych lat ilość szlaków może wzrosnąć o kolejne 20. Niewątpliwie przyczyni się to do zwiększenia ruchu turystycznego w niektórych rejonach kraju i wzrostu dochodu ludzi, którzy żyją z turystyki.

Uciekam na Southern Upland Way, która liczy 212 mil i wytyczona została od południa kraju ku Cockburnspath na prawo( na mapie) od Edynburga. Długa, piękna droga, która kusiła mnie od dawna.

Do usłyszenia po powrocie.

ps.czy ktoś zna fajne B&B, hostele w Krakowie? Musi być w centrum, taki warunek.

sobota, 28 kwietnia 2012

Gdybym chciała w Szkocji wyczekiwać pięknej, słonecznej i ciepłej pogody, aby zmobilizować się do robienia czegokolwiek i do wyjścia z domu, równie dobrze mogłabym oczekiwać różaneczników na Grenlandii. Skończyłoby się wszystko tym, iż do znudzenia mogłabym oglądać tv, bo w końcu mam. Trochę wbrew mnie stanął ogromny ekran w living-roomie i wczoraj przypomniało mi się, dlaczego uważałam, że większość tego, co pokazywane jest w jakiejkolwiek telewizji któregokolwiek kraju na planecie jest głupie. Są pewne wyjątki, ale na te wyjątki trzeba czekać do póznej nocy lub czaić się na nie wtedy, kiedy większość ludzi pracuje. Liczba seriali skandynawskich wzrosła niemożliwie i promowane są do tego stopnia, iż czytywany przeze mnie The Times zamiast zajmowania się recenzjami sztuki, książek i filmów, proponuje oglądanie nowego, duńsko- szwedzkiego serialu The Bridge, albo innego The Mentalist lub The Suits, gdzie chodzi w sumie o to samo, zmienia się tylko kraj akcji i język. Amerykańskie reality show wybierają modelową pannę młodą, która o ile wygra, ma zapewnione za darmo wszelkie operacje plastyczne, o jakich może zamarzyć. Brytyjczycy pobierają się w Grecji, Amerykanie na Jamajce, wszyscy tańczą, śpiewają, odchudzają się, tyją i chcą być modelkami/ modelami. Niezwykle rzadko mogę doszukać się czegoś, co zatrzymałoby moją uwagę na dłuższą chwilę. Dobrze, że za telewizję płacić nie muszę, bo raczej nie ma za co.

Jak w każdą sobotę mam The Times i The Guardian. Listonosz przyniósł mi dziś książkę, którą rozdawała maga- mara z okazji Światowej Nocy Książki, mam kawę, niemrawo świeci słońce. Trzeba by więc wyjść "do ludzi".

Dziś na Meadows miało miejsce ( lub dopiero ma) pikietowanie zorganizowane przez rowerzystów z całej Szkocji. Pikieta jest pokojowa, grilowo- wypoczynkowa. Z Meadows tysiące rowerzystów przejadą do Holyrood Park z petycją dla członków parlamentu. Ma ona zwrócić uwagę na to, iż rowerzyści nie czują się bezpiecznie na drogach szkockich i domagają się tego, aby jeżdżenie było przyjemnością, a nie wiecznym oglądaniem się za siebie i sprawdzaniem, czy aby nikt nie usłyszy głośnego " fu.k off" unoszącego się w powietrzu. Szkocja jest jednym z krajów europejskich, gdzie kultura jeżdżenia na rowerze jest i tak wysoka, tolerancja kierowców duża, równouprawnienie na drogach ogromne. Jezdzi masa ludzi, ja także i chciałabym, aby komfort pedałowania utrzymał się co najmniej na takim poziomie, jaki widać na ulicach w chwili obecnej. Jadę więc na Meadows, aby zobaczyć osobiście, jak wygląda ogromna ilość rowerów w jednym miejscu. Po Belgii, Holandii i Oxfordzie, Szkocja jest dla mnie właśnie symbolem jeżdżenia do woli na rowerach. I mam nadzieję, że to się zbyt szybko nie zmieni.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Od dwóch już chyba lat w Wielkiej Brytanii z wielką pompą obchodzona jest Noc Książki, która jest świętem czytelnictwa, obdarowywania się nawzajem książkami, zasiadania przy kolejnym tomie wartym przeczytania, ślepnięcia nad maleńkim i tym większym drukiem i pieczołowitym ustawianiem na półkach woluminów, które już zostały przez nas przeczytane. Generalnie, noc ta poświęcona jest jednemu z największych, bezinteresownych, ale dosyć kosztownych przyjaciół człowieka. Bez niego ciężko, nudno i pustawo w pokojach. Bez niego, oszczędzamy krocie. Bez niego, życie byłoby mizerne. I nie jest ważne, co czytamy. Bo każda książka jest warta tego, aby po nią sięgnąć. Reszta to kwestia gustu.

Nie mogłam w tym roku w Nocy Książki uczestniczyć osobiście, ale postanowiłam obdarować kogoś książką, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie w ubiegłym roku. To "Pigeon English" Stephena Kelmana, który zawojował rynek czytelniczy w UK i sprawił, że manager supermarketu w Luton stał się jednym z poczytniejszych autorów w Wielkiej Brytanii. Gdyby nie J. Barnes, który wygrał The Man Booker Prize w 2011 roku, kto wie, czy to nie Kelman cieszyłby się z wygranej.

Historię 11- letniego emigranta Harrisona Opoku trzeba przeczytać. Książka na język polski chyba nie jest jeszcze nawet tłumaczona, co dziwi, bo Kelman znalazł się na końcowej liście nominowanych do Booker Prize.

W kolejnym numerze Archipelagu ukaże się moja recenzja książki.

Chętnych, którzy chcieliby przeczytać książkę, proszę o wpisywanie "zamówienia":) pod postem. Z przyjemnością prześlę osobie zainteresowanej.

piątek, 20 kwietnia 2012

Po raz pierwszy zatrzęsło mną w 2010 roku, kiedy usłyszałam w radio o bezsensownych, głupich wręcz planach grupy starszych mieszkańców Tyndrum w Highlandach, którzy prawie zgodnie stwierdzili, że miasteczko wyludnia się i trzeba w jakiś sposób przyciągnąć do niego turystów. "Odkopmy więc starą, porzuconą kopalnię złota, która mieści się w jednym ze wzgórz, i zacznijmy kopać na nowo. Turyści zaczną się zatrzymywać w miasteczku, wynajmować opustoszałe B&B, stołować się w restauracjach, a my zarobimy". Średnia wieku mieszkańców Tyndrum to na oko z 65 lat. No ale każdy ma przecież prawo do godziwego życia, do otworzenia nowego biznesu choćby w wieku 100 lat i do cieszenia się z odłożonych funtów. Tylko z niczym w życiu nie należy przesadzać. Z chciwością także.

Tyndrum leży na licznych trasach przecinających w każdą stronę Highlandy. Kto choćby raz w życiu był trampem i z plecakiem przemierzał jakiekolwiek góry świata, ten wie, że nie w wybornych hotelach sens łażenia po górach, tylko w suchym śpiworze- łóżku i herbacie z kanapką o poranku. Potem zarzucamy plecak i biegniemy dalej. Do kolejnego "Tyndrum", gdzie o zmroku można znalezć to samo co w poprzedniej mieścinie, wysuszyć spodnie, wypić coś ciepłego, ogrzać się i odpocząć. W dniu kolejnym to samo.

Jak czułby się Polak, któremu Dolinę Kościeliską zarzucono by hałdami resztek wywierconych z wnętrza gór, które kocha? Czy wracałby często do miejsca, które oszpecono pokruszonymi skałami, sprzętem używanym do odwiertu, ogrodzeniami i barykadami? No i co w końcu ma mieć z tego turysta, bo to w końcu dla niego pokiereszowany zostałby krajobraz The Loch Lomond and Trossachs National Park? Tak, tak. Dolina przy Ben Lui, w której zaplanowano tę inwestycję stulecia leży w Parku Narodowym. Co za idioci zgodzili się na operację stulecia i za kilka funtów pozwolą, aby dusze tysięcy ludzi rozpadły się na drobne kawałki z rozpaczy? Oczywiście zarząd Parku Narodowego. W 2010 roku projekt odrzucono. Doprowadziło to do skrajnej rozpaczy kilkudziesięciu dziadków ze wsi, którzy wycierając noc i chlipiąc w mikrofony twierdzili, że rujnuje im to życie i przyszłość. Zarząd Parku myślał więc do 2011 roku i 25 pazdziernika przytaknął łaskawie emerytom z Tyndrum. Niedługo okolice Cononish zamienią się w wysypisko gruzu. Nie bardzo tylko rozumiem w jaki sposób życie mieszkańców polepszy się. Bo z tego co zdołałam usłyszeć większość ludzi nie zamierza się nawet zatrzymywać we wsi, jeśli Park Narodowy zostanie oszpecony. Po co?

Gordon Watson, człowiek, który jest w zarządzie Parku mówi:

“On balance, I have concluded that the temporary adverse impacts are
outweighed by the anticipated outcome of a higher quality landscape and
recreational experience being delivered in the long term. This benefit
is in addition to the considerable economic benefits likely to accrue
both to the Park area and wider Scottish economy. Critical to this is
that the size, shape and contouring of the Tailings Management Facility
can be restored to appear as a natural feature in the landscape.”

Życie jest proste w obsłudze niczym budowa cepa. Jedna z prawd mówi, aby nie być zbyt chciwym, bo czasami wychodzi się na tym niczym Zabłocki na mydle. A skutki tejże chciwości mogą być nieodwracalne. I właściwie można pozostać z niczym. Dziadkowie dalekosiężnych konsekwencji swych działań raczej nie dożyją. Będą ponosić je młodzi ludzie.

Tymczasem mamy whisky o nazwie Tyndrum Gold, która o dziwo ma już 15 lat. Cuda- niewidy. Dziś nawet czas można przyspieszyć i wyrobić normę w rekordowym czasie niczym w byłym ZSRR.

Aby móc zrobić przeciętnie ważącą złotą obrączkę, należy przerzucić ponad tonę skał. O ile dotrze się do żyły złota. Bez komentarza.

sobota, 14 kwietnia 2012

Wysiadam z autobusu numer 175 przy dworcu kolejowym- Warszawa Ochota. Odnowiony.Miła pani w miłym okienku mówi z uśmiechem:" dobry wieczór". Kupuję bilet do rodzinnego miasta. W poczekalni tłok. Tłoczą się bezdomni.Wielu ich. Tylko mężczyzni. Schodzę na peron i mam godzinę do kolejnego pociągu,który odjedzie w stronę Terespola, tylko trochę bliżej. Zimno. Zbierają się inni,czekający. Ktoś podchodzi do mnie i prosi o pieniądze na herbatę. Idę z tym kimś i kupujemy parówki, chleb, sok, herbaty nie było.Za pózno i nie ma gdzie kupić. Pan w ciemnych okularach kłania mi się w pas i odchodzi z chlebem pokrojonym w kromki. Mężczyzna na peronie mówi: " Nie ma co im kupować jedzenia.Ja nie po to zapierdalam w pracy i mam troje dzieci,żeby ludziom dawać coś do jedzenia." Hmmm..." A co pan zrobi,jeśli w przyszłości trzeba będzie kogoś innego poprosić o chleb i inna osoba odpowie panu tymi samymi słowami"? Pan w czapeczce nie odpowiada,odchodzi ode mnie na bezpieczną odległość.

*****

Idę ulicą małego miasta i naprawdę z całej siły staram się kupić coś do czytania.Nie ma nic nowego. Zaczekam do lotniskowej księgarni.Tam na pewno coś kupię. Ktoś mnie woła. Koleżanka z liceum poznaje mnie po 8 latach bez kontaktowania się,i po 5 wcześniejszych,kiedy kontakt był znikomy. Wróciła po kilku latach londyńskiego życia. " Bo jeśli nie w wieku 36 lat,to kiedy?" pyta i kiwa głową ze zrozumieniem na moje:" nie myślę o powrocie". W mieście czysto, schludnie,prowincjonalnie i bez znajomości nadal,nie ma możliwości na cokolwiek. Pojawiły się trzy nowe, klimatyczne kafejki,przy PKP można wsunąć schabowego z kompotem. Wszyscy znają wszystkich, ale poza koleżanką z liceum nie znam nikogo. Rozmawiamy długo,planujemy,poznajemy się na nowo,ale właściwie to chyba niezbyt się zmieniłyśmy.Czas na kilkanaście lat zatrzymał się w miejscu.

*****

Tak było dnia któregoś. Na razie na własne życzenie pozostaję bez internetu. Na razie. Rozpoetyzowałam się, rozmarzyłam, roztęskniłam. Sama nie wiem za czym. Albo za kim. Muszę odpocząć od zbierania myśli w jednym miejscu i pomyśleć co dalej z tym robić.

16:20, una_invitada , różności
Link Komentarze (15) »
niedziela, 25 marca 2012

Wczoraj musiałam ewakuować się z zamglonego Edynburga, gdzie nie było widać sąsiedniego budynku już drugi dzień. Wyjechałam w południowe, cudne Borders, gdzie zmiana pogody była niezwykle szokująca i mimo tego, że czystego, przejrzystego horyzontu nie uświadczyło się nawet stojąc na wzgórzach Eildons pomiędzy Melrose i Galashiels, to było widać spacerujących ludzi w oddali, wędkarzy, buzujący życiem Melrose i owce, które chyba na tamtym terenie przyzwyczaiły się do ludzi i nawet nie starały się uciec z pola widzenia.

Eildon Hills są piękne i nie tak bardzo popularne, jak Pentlands za Edynburgiem. Da się tam dojechać samochodem lub dospacerować z niedalekiego Melrose, co przy +15 stopniach, braku wiatru może być wielką przyjemnością. Eildon są wzgórzami magicznymi, gdzie wedle legend Thomas The Rhymer, jeden ze średniowiecznych bardów doznał oświecenia, XII-wieczny czarnoksiężnik- astrolog-Michael Scot, pozostając bez pracy, przychodził w pagórki, aby dokonywać obliczeń słoneczno- księżycowych i Walter Scott w swych słynnych, wełnianych podkolankach stawał na szczycie jednego ze wzniesień, aby oczekiwać na natchnienie twórcze i podziwiać Borders nękane co kilkanaście lat przez wojska angielskie.

                     Widok z parkingu, poprzez jeziorko ku wzgórzom

                              Owce chyba trochę wypięły się na moją obecność:)

                                       Tutaj udajemy, że nas nie ma

 Jedyne świadectwo, że byłam na samiutkiej górze. Ja te tablice nazywam "drogowskazami".

   Pagórki wydają się maleńkie i właściwie wysokimi na pewno nie są, ale jakież podejście:)

                                                Widok na 1385 stóp w górę.

Potem wróciłam do Melrose na pierwsze lody włoskie w tym roku, pierwsze szkockie truskawki w tym roku i pierwsze zdjęcie Melrose Abbey w tym roku, które jest chyba najładniejszym z Abbey, które można zwiedzać w Borders. Na pewno najbardziej fotogenicznym. Miasteczko istnieje od około XII wieku, czyli od czasu, w którym Cystersi dostali pozwolenie od króla szkockiego Davida I na wybudowanie kościoła i budynków klasztornych. Klasztor był burzony, po czym podnosił się z ruin, aż w XVII wieku mnisi mieli dosyć i Anglików, którzy bez przerwy burzyli im mieszkania i ciągłego odbudowywania i zwiali z Melrose. Miejscowi wybudowali nowy, zgrabny kościół, który służy im po dziś dzień, a Abbey jest główną atrakcją turystyczną miejscowości.

                                                       Melrose Abbey

W miasteczku jest teatr, Roman Heritage Centre, bo kiedyś na tych terenach mieszkali Rzymianie i ogrody Priorwood, które teraz jeszcze są mało kolorowe, ale dajmy kwiatom 2-3 tygodnie i na pewno będzie pięknie. Jest także antykwariat, gdzie, o ile się poszpera cierpliwie, da się kupić coś ciekawego za małe pieniądze. Wyszłam z księgarni z tomem "Scottish Islands".

                                       Antykwariat otwarty dnia każdego w sezonie.

Poza tym Melrose jest jedynym miejscem w Borders, gdzie trzeba bywać o ile chce się być postrzeganym jako posh, najlepiej przenieść się tam z Edynburga, po przejściu na emeryturę. Nie miałabym nic przeciwko temu.

Ze spraw przyziemnych zaczynam wybierać miejsca, w których mam możliwość oprowadzać w tym sezonie. Być może będzie to Melrose:)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
BLOGI
Przeczytane w 2012